Mela Koteluk proponuje nowości
WP Film
27.03.2025

Ogrom wzruszeń. Płyty idealne na wiosnę

Z czym kojarzy się wiosna? Poza wieloma skojarzeniami związanymi z feerią kwietnych barw, pierwszych ciepłych promieni słońca i świeżej energii, prawdopodobnie nawet bardziej niż początek roku, kojarzy się z nowym otwarciem. Kolejnym rozdziałem, świeżym spojrzeniem, ciekawością, ochotą odkrywania nowego. Na przykład nowej muzyki.

Wiosną zupełnie inaczej "smakuje" książka czytana w parku czy spacer do kina ciepłym wieczorem. Inaczej brzmi też muzyka – to dość śmiałe stwierdzenie, ale prawdopodobnie nie pomylę się wiele, jeśli stwierdzę, że wiosną jakoś chętniej sięgamy po nowości płytowe, bo i jakoś… bardziej jest w czym przebierać. Wtedy też dosłownie kwitnie sezon koncertów klubowych, zapoznających słuchaczy z nowym materiałem rozmaitych wykonawców i gwarantujący solidną rozgrzewkę przed intensywnym, letnim sezonem festiwalowym.

Poza tym, czyż nie jest tak, że to właśnie wiosna powoduje, że nabieramy ochoty do kompletowania świeżej ścieżki dźwiękowej do naszej codzienności? I czyż to nie jest najlepszy moment, by "mieć wiatr w głowie i dziwną, niepoprawną muzykę"? Jestem tego więcej niż pewna. Dlatego też posłużę się sugestią kilku, szczególnie intrygujących albumów z ostatnich kilku miesięcy, które mogą stać się waszą ścieżką dźwiękową tegorocznej wiosny.

Najnowsza płyta braci Waglewskich
Najnowsza płyta braci Waglewskich

Dojrzałość braci

Najnowsza płyta braci Waglewskich nie bez powodu otwiera to subiektywne zestawienie. Tak, jak nie bez powodu pojawił się tu cytat z "Niemocy", utworu otwierającego płytę "25", utworu szczególnie istotnego w kontekście całej płyty, ale też szczególnie ważnego dla Fisza i Emade. To opowieść o korzeniach, ale także opowieść o pokoleniu dzisiejszych 40-latków, którym przyszło dorastać i na przełomie wieków, na przełomie ustrojów, tym, którzy musieli odnaleźć się w kapitalistycznej (nierzadko dzikiej) rzeczywistości.

Retrospekcji na "25" jest więcej, choć bynajmniej to nie tęskne westchnienia po wyidealizowanym czasie młodości. Tworzą raczej solidna mozaikę, do której Fisz i Emade wciąż dokładają kolejne elementy – i tak jak w "Ogniu i wodzie", opowiadają coraz więcej o swojej dojrzałości, o drodze, nieodmiennie przemierzanej w duecie.

I chyba właśnie na "25" najbardziej słychać nie tylko ich spójny, muzyczno-tekstowy dwugłos, ale też to, że bez żadnej "napinki" mogą wplatać do swojej muzyki wszystko, na co tylko mają ochotę – nastrojowy klimat a’la Phil Collins w świetnych "Złych decyzjach", romantyczny duet z Natalią Przybysz w nieśpiesznym "Śniadaniu", czy sporo "oldschoolowych" nut – w cudownie dosadnym "Spływaczu", który na myśl przywodzi płytę "Na wylot" czy "Sednie", w którym sposób narracji wprost koresponduje z "Czerwoną sukienką", od której praktycznie wszystko się zaczęło. I jak zawsze, Każdym jej odcieniu (Fisz porusza szczególnie, zwracając się do syna w utworze "Długie ręce").

Wszystko to – cały eklektyzm, muzyczne bogactwo, wszystkie nawiązania, pojawiają się, z prostej przyczyny – okrągłej 25. rocznicy wydania "Polepionych dźwięków". Dlatego "25" jest jak skrzynia z prezentami dla fanów Tworzywa – zarówno tych, którzy są z Fiszem, Emade i ich spółką od rapowego początku, jak i tych, którym do gustu przypadły bardziej ich świeższe dokonania. To płyta długa, dojrzała, mądra, czuła uwodząca. Do słuchania na dobre i na złe.

Rzeka czułości

Skoro mowa o czułości, należy wywołać do tablicy mistrzynię w wyrażaniu tego uczucia – Natalię Grosiak. A żeby być bardziej precyzyjnym, należałoby wywołać cały jej zespół. Bo Mikromusic wydał właśnie wyjątkową płytę, przy której chce się tańczyć.

Mikromusic w przyszłym roku będzie świętować okrągłą, 20. rocznicę debiutu, ale do podsumowań jeszcze im daleko. Na "Nie umiem tańczyć" puścili wodze twórczej fantazji. Szczególnie Natalia Grosiak - wodze tekściarskiej fantazji i zawarła na płycie utwory-niespodzianki – "Nie umiem tańczyć" i "Wkurzasz mnie" swoim wdziękiem wywołują natychmiastowy uśmiech na twarzy.

 Natalia Grosiak
Natalia Grosiak

Niech cięty humor Natalii Grosiak jednak nie zmyli - "Nie umiem tańczyć" to płyta o miłości, która kipi całą kaskadą emocji. Pełna wzruszeń i czułości – względem drugiego człowieka, ale i samego siebie, jak w przypadku "Kocham do kości" jednej z najbardziej osobistych piosenek wokalistki. "Chyba najlepszy dzień" i "Już nic, już nikt", to wyznania miłości w najczystszej postaci, ale nie są najbardziej chwytającymi za serce piosenkami na płycie. Ten tytuł w przedbiegach zdobywa piękna "Czułość" – podszyta tęsknotą (tu pokuszę się o stwierdzenie, że w jakimś stopniu podobnie rodzicielską jak u Fisza w utworze "Długie ręce", choć piosenkę interpretować można znacznie szerzej. Zostaje w głowie długo.

Dodatkowy ładunek emocjonalny dodają zaproszeni na płytę goście – Bovska, Marcelina i Bela Komoszyńska w znanym fanom wokalistek utworze "Jestem rzeką". Ciężaru dodaje przejmujący duet z Dawidem Tyszkowskim w utworze "Wrony" – prawdopodobnie najsmutniejszym i najbardziej pociągającym na albumie. Całość tworzy hipnotyzujący kalejdoskop od którego, choć zabrzmi to banalnie, trudno się oderwać. Pozycja obowiązkowa dla fanów delikatnego brzmienia Mikromusic i dźwięcznego głosu Natalii Grosiak.

Wszystko tu szepcze

Wspominając Dawida Tyszkowskiego, warto zauważyć, że to coraz bardziej rozpoznawalne nazwisko na polskiej scenie. Zasłużenie, bo to jeden z najciekawszych wokalistów młodego pokolenia. Coraz bardziej też – doceniany przez branżę. Na koncie ma już kilka interesujących współprac – śpiewał m.in. na płytach Sarsy, Skubasa i wspomnianych Mikromusic, jest także członkiem szczególnego projektu Miuosha – "Pieśni współczesnych". Za debiutancką płytę, wydaną przed dwoma laty, był nominowany do Odkryć Empiku.

Wydaną właśnie płytą "Mam szczęście" ugruntowuje swoją pozycję. To album wysmakowany, minimalistyczny, skłaniający się ku akustycznym aranżacjom. Muzyka, choć urzekająca (za produkcję odpowiedzialny jest Patrick the Pan) jest tu głównie tłem dla tekstowej i wokalnej dojrzałości. Dawid, mimo stosunkowo krótkiego muzycznego stażu dowodzi, że jest artystą kompletnym, świadomym imponujących głosowych możliwości (równie dobrze sprawdza się w silnym wokalu, w mocnych utworach, jak i tych śpiewanych półszeptem, w stylu Tomka Makowieckiego).

Sednem twórczości Dawida Tyszkowskiego jest jednak bez wątpienia jego wrażliwość. Wrażliwość, która przejawia się w jego tekstach, ekspresji, ładunku emocjonalnym, który przekazuje w kolejnych utworach. W przypadku "Mam szczęście" przy kilku warto zatrzymać się dłużej (chociaż wysłuchać z uwagą całej płyty również). W pamięć zapadają szczególnie "Nadmorskie drzewa", "Nie ma takiej miłości" czy "Wstyd", choć to tytułowe "Mam szczęście" uderzy najmocniej – zwłaszcza wrażliwców. Ale – trzeba przesłuchać całej płyty do końca, żeby przekonać się, dlaczego.

Harmonia dźwięków

Płytą, która wyjątkowo będzie towarzyszyć tegorocznej wiośnie, jest "Harmonia". Bo to powrót prawdziwie romantycznej duszy. Powrót Meli Koteluk. Na nową, pełnowymiarową płytę Meli trzeba było czekać niemal siedem lat (nie licząc albumu "Astronomia Poety. Baczyński", nagranego na zaproszenie Muzeum Powstania Warszawskiego). I warto było czekać. Bo Mela wróciła we właściwym dla siebie, przebojowym, dźwięcznym stylu.

Opowiadając o nowym albumie, przytaczała szczególnie historię powstania singla "Himalaje". Inspiracją do niego okazała się nawigacja GPS, która intensywnie sugerowała zjazd z ronda. Pozornie błaha sytuacja sprawiła, że wokalistka uświadomiła sobie, że w życiu potrzebuje tego samego – nowego kierunku, nowego otwarcia. A nowe otwarcie z kolei – przyniosło płytę kompletną, barwną, przebojową. A słuchając jej chciałoby się powiedzieć – Mela, brakowało cię!

Brakowało chwytliwych, poprockowych melodii, eterycznych opowieści, ozdobnych, dźwięcznych zaśpiewów, brakowało mądrych, przemyślanych tekstów. I Mela przyniosła to wszystko z nawiązką. Przyniosła chwytliwe, szarpane "Staccato", rozbuchaną, baśniową wręcz "Bliżę i dal", zgrabnie skomponowane "Harmonię" i "Himalaje". Przebyła osobistą "Odyseję", i wróciła na scenę – wciąż ta sama, choć z zupełnie nową energią, świeżym, odważnym spojrzeniem na zupełnie inną przecież niż siedem lat temu muzyczną rzeczywistość. Sądząc po frekwencji na koncertach, powrót jest więcej niż udany. Nic dziwnego – "Harmonia" to świetnie zrealizowany i skomponowany materiał i nie zdziwię się, jeśli będzie mocnym kandydatem do płyty roku.

 Kuba Badach
Kuba Badach

Oldschoolowa elegancja

Zestawienie zamyka Kuba Badach – uosobienie muzycznej elegancji i dobrego stylu. Tyle, że przychodzi z … "połową płyty". Rzecz jasna chodzi o pierwszą część materiału, który wokalista ma zamiar zaprezentować słuchaczom. Uciekł się do ciekawego zabiegu i zamiast kazać czekać na pełnowymiarowy album, podzielił się już EP-ką, czyli krótką płytą, zawierającą zaledwie kilka utworów. Ten jednak, kto sięgnie po wydawnictwo, przekona się, że nie o ilość, ale o jakość tu chodzi.

Zwięzły album Kuby Badacha to zbiór wyjątkowo tanecznych utworów, w tym znanego już słuchaczom "Na drodze do wspomnień". Nie da się ukryć, że mocno czerpał z lat 80. i 90. (czego najlepszym przykładem jest "Coś w tej porze dnia", które na dobrą sprawę można byłoby podejrzewać o powstanie 30 lat temu – i jest to komplement). Nie da się jednak ukryć i tego, że mimo iż nie chce sięgać muzycznie daleko wstecz, to nadal ma ogromną słabość do dobrego funku – i dobrze, bo dzięki temu "Ja to wiem" i "Gdzie ty jesteś" brzmią znakomicie. Brzmią jak wiosna w pełni.

Zobacz także